Termin „tatoterapia” po raz pierwszy usłyszałam w domu mojej przyjaciółki Patrycji, kiedy to jej mąż przekręcał do góry nogami i podrzucał ich własnego potomka. Tatoterapia (terapia przy pomocy taty), to nic innego, jak wygłupianie się ojca i dziecka w taki sposób, na jaki w 99,9% przypadków przewrażliwiona matka nigdy się nie odważy.
Każdy chyba się ze mną zgodzi, że jednym z najfajniejszych wspomnień z dzieciństwa są kaskaderskie akrobacje serwowane nam przez naszych odważnych ojców – podrzucanie, przewracanie, wyginanie, łaskotanie i wszelkie inne wyczyny, predysponujące do gwałtownych urazów ciała. O ile oczywiście mieliście w życiu na tyle dużo szczęścia, aby mieć ojca, który w ogóle poświęcał Wam czas…
Ja jestem jedną z tych przewrażliwionych matek, które aby przeżyć widok akrobacji własnego dziecka, muszą jak najszybciej zamknąć oczy. Dlatego też, gdy Kuba i Laura się wygłupiają, robią to zazwyczaj pod moją nieobecność, aby nie wywoływać u mnie niepotrzebnych palpitacji serca. Mój problem polega na kompletnej niezdolności do obiektywnego postrzegania wyczynów fizycznych dziecka, które mój mózg zawsze czyta jako bezpośrednie zagrożenie życia. Właśnie dlatego, gdy Kuba podrzuca Laurę na wysokość 20 cm, ja widzę wówczas 20 metrów. A gdy przekręca córkę do góry nogami lub gwałtownie łaskocze powodując u niej niekontrolowane odruchy ciała, ja oczyma wyobraźni widzę rurkę tracheotomijną wyginającą się i przebijającą tchawicę dziecka. Kiedy któregoś dnia Laura próbowała tańczyć ze swoim kolegą Breakdance i stanęła w tym celu na głowie, mnie serce po prostu zamarło, a przed oczyma pojawił się obraz złamanego karku! Kuba natomiast, jak gdyby nigdy nic, podszedł do Laury i po prostu zaczął ją asekurować.
Dzieciństwo bez totalnych wygłupów, zagrażających życiu akrobacji, bez włażenia na drzewa czy niebezpiecznych skoków z wysokości, nie miałoby przecież tak cudownego smaku. O ile starsze dzieci doskonale same sobie radzą w prowokowaniu sytuacji, które mogą zakończyć się połamaniem ich kończyn czy kręgosłupa, o tyle młodszym dzieciom trzeba w tym zakresie odrobinę pomóc. I właśnie do tego potrzebni są ojcowie, którzy z jednej strony nigdy nie dorastają – sami zachowując dożywotnio całe mnóstwo cech szalonego chłopca, a z drugiej strony jednak są już ta tyle dorośli i odpowiedzialni, aby nie pozwolić dziecku na zrobienie sobie krzywdy.
Ale hola, hola – od samego wygłupiania się z dzieckiem nikt jeszcze medalu za dobre ojcostwo nie dostał. Na podrzucaniu, wykręcaniu i łaskotaniu rola ojca przecież się nie kończy, chociaż może niektórzy by tego chcieli. Ojciec jest przede wszystkim po to, aby mądrze kochać i aby być obok zawsze wtedy, gdy jest potrzebny, aby dawać poczucie bezpieczeństwa i tą niesamowitą pewność, że zawsze można na niego liczyć. W pierwszych latach życia to właśnie on powinien pomóc wyprowadzić dziecko ze ścisłej relacji z matką oraz kształtować poczucie indywidualizmu – tego własnego, niepowtarzalnego „ja”, które u każdego z nas prędzej czy później się ujawnia. W kolejnych latach to też on powinien stać się dla swojego dziecka autorytetem, mentorem i przewodnikiem – czyli kimś, z kogo można brać przykład, podziwiać i z kogo doświadczenia należy czerpać. Jego zadaniem jest sprawiać, aby dziecko było ufne i czuło się bezpieczne – i aby dorastało w przekonaniu, że przez obojga rodziców jest jednakowo kochane.
Ojciec jest potrzebny dziecku także po to, aby kochać jego matkę, aby pielęgnować w niej kobiecość i każdego dnia ją uszczęśliwiać – dotykać, całować i szeptać do ucha „jesteś piękna”. Jest jej potrzebny, by w trudnych momentach życia mogła oprzeć się na jego silnym ramieniu i zostać wysłuchana, gdy zechce szczerze porozmawiać. Bo dziecko jest szczęśliwe tylko wtedy, gdy ma szczęśliwą mamę – nigdy zaś, gdy widzi ją zwiniętą z bezsilności w kłębek, porzuconą i samotną, z twarzą spuchniętą od długiego płaczu lub od wykonanego męską pięścią permanentnego makijażu…
Dobry męski wzorzec to jest coś, co jest potrzebne każdemu dziecku, aby w przyszłości mogło stać się normalnym dorosłym – takim dorosłym bez uwierającego bagażu żalu, umiejscowionego gdzieś z tyłu głowy, który uparcie przypomina nam, że jednak w tym dzieciństwie coś poszło nie tak. I błagam, niech mi nikt nie mówi, że dobry męski wzór nie jest dziecku potrzebny do prawidłowego rozwoju, bo nie uwierzę. Oczywiście, jeśli ten „wzorzec” pije, bije i wyzywa, a własnego potomka jest w stanie sprzedać za dwie flaszki najtańszego wina, to zdecydowanie lepiej dla dziecka, aby w ogóle żadnego ojca, ani żadnego wzorca nie miało.
Brutalna prawda jest jednak taka, że jeśli w dzieciństwie nie mamy kochającego ojca, to potem ta ułomność daje o sobie znać przez resztę naszego życia. A w przypadku kobiet, poszukiwanie dobrego ojca może trwać jeszcze wiele lat, a w najgorszym scenariuszu nawet nigdy się nie skończyć. To nie żaden stereotyp, żaden przesąd, że kobiety wychowane bez kochającego ojca szukają go potem w dorosłym życiu, nierzadko wdając się w związki z dużo starszymi facetami posiadającymi dokładnie ten sam pakiet obrzydliwych wad, co ich pożal się Boże tatusiowie… Aż któregoś dnia, po wielu latach nieudanych związków zdadzą sobie w końcu sprawę, że jest już zdecydowanie za późno na szukanie dla siebie dobrego ojca i jedyna rozsądna rzecz, jaką można zrobić, to poszukać go dla swoich przyszłych dzieci…
To wcale nie jest łatwe, wbrew pozorom – i niech Wam nie mydlą oczu słodkie obrazki szczęśliwych rodziców, wyłaniające się z licznych paretingowych portali. Ja też kiedyś wierzyłam w taką sielankę – a poza tym byłam przekonana o swojej nieomylności i niezawodnej intuicji. Myślałam, że jestem taka mądra i doświadczona życiowo, taka oczytana i obeznana w wielu tematach. Ale to wszystko okazało się kupą bzdur, gdy przyszło mi decydować o jednej z najważniejszych rzeczy w życiu, czyli o wyborze mężczyzny na ojca mojego dziecka. Nie od razu trafiłam w dziesiątkę, ba, trafiłam po prostu, jak kulą w płot.
Dzięki Bogu przy drugiej próbie miałam już zdecydowanie większego farta i trafiłam na człowieka, który jest dla Laury najwspanialszym ojcem, jakiego mogłam sobie wymarzyć – kochającym, uważnym, troskliwym i w pełni zaangażowanym. Przyznam, że nawet tej szczęściarze mojej córce, trochę zazdroszczę…
Gdy tak sobie powspominam i przypomnę, jak wyglądało standardowe dzieciństwo w mojej małej zabitej dechami rodzinnej wsi, to ogarnia mnie straszliwy smutek. Wielu znanych mi ojców moich rówieśników przedstawiało typowy model dyktatora-żywiciela rodziny, chłodnego i niedostępnego, którego po prostu należało się bać. Większość z nich piła na umór, czasem biła, a ich ojcostwo ograniczało się do przyniesienia raz w miesiącu tej części wypłaty, która jakimś cudem nie została jeszcze przepita. O wychowaniu, prawdziwym zaangażowaniu w rodzicielstwo czy o bliskości emocjonalnej ojca z dzieckiem po prostu nie było mowy – można było liczyć tylko na bliskość fizyczną okazywaną przy pomocy skórzanego pasa. A jeśli już przypadki dobrych ojców w naszej wsi się zdarzały, to były one prawdziwym ewenementem.
Teraz, po latach wspomnień i doświadczeń, przyglądam się mężczyznom z mojego otoczenia, moim rówieśnikom lub całkiem młodym ojcom, którzy dopiero co wkroczyli w tą najważniejszą w swoim życiu rolę. I patrzę na nich z prawdziwym zadowoleniem, gdyż dostrzegam ogromne zmiany, jakie nastąpiły w świadomości nas wszystkich. Czasy zdecydowanie się zmieniły, a ja coraz częściej widzę tatusiów, którzy nie chcą być w swojej rodzinie jedynie gwarantem materialnego bezpieczeństwa, ale chcą również aktywnie uczestniczyć w dorastaniu swoich dzieci, świadomie je wychowując i pielęgnując emocjonalne więzi. Coraz częściej w przychodniach lekarskich i szpitalach dostrzegam ojców z chorymi dziećmi, widzę, jak je przytulają, karmią i zmieniają im pieluchy. Widzę po prostu, że w tej kwestii świat się zmienia – całe szczęście, na lepsze.
Ale przede wszystkim patrzę każdego dnia na Kubę i Laurę – na niezwykłą więź, która ich łączy oraz na to, jak wspólne spędzają czas. Zasypiam codziennie z poczuciem niesamowitego bezpieczeństwa, że gdyby cokolwiek złego mi się przydarzyło, to jest ktoś, kto zaopiekuje się Laurą równie dobrze, jak ja. Na co dzień widzę wzorzec ojca, o którym jako mała dziewczynka nie miałam śmiałości nawet pomarzyć – ba, w ogóle nie wiedziałam, że tacy zaangażowani w rodzicielstwo tatusiowie istnieją.
Rola ojca na przestrzeni lat bardzo się zmieniła i stoi ona teraz przed zupełnie nowymi wyzwaniami. Dziś już nie chcemy, aby słowo „ojciec” było jedynie przypisanym społecznie statusem, który ogranicza się do bycia rodzinnym bankomatem i wykonawcą kar cielesnych, gdy dziecko coś przeskrobie. Dzisiaj oczekujemy od ojców czegoś więcej – prawdziwej aktywności i świadomości, wsparcia, zaangażowania i mądrego kochania dzieci. A najpiękniejsze jest to, że coraz częściej sami ojcowie tego od siebie oczekują.
Ktoś może się dziwić, że to wszystko piszę. Przecież zostałam samotną matką po tym, jak biologiczny ojciec nie sprostał wyzwaniu opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem i zwyczajnie się ulotnił. Wszak różne statystyki podają, że w przypadku niepełnosprawnego dziecka od 40 do 80% ojców rozpływa się w powietrzu, pozostawiając matki same na polu walki.
Oczywiście pamiętam o tym nieprzyjemnym fakcie, tego raczej zapomnieć się nie da. Ale to było dawno i już minęło, a ja teraz mam szczęście upajać się sytuacją diametralnie odwrotną. Patrzę, jak wspaniale rośnie i rozwija się Laura, także pod względem emocjonalnym. Widzę, jakie ogromne znaczenie w kształtowaniu jej osobowości ma fakt wychowywania się w pełnej rodzinie, czerpania przykładu i z ojca i z matki, przytulanie się do obojga razem i do każdego z osobna. Dostrzegam, jak niezwykle ważna dla naszego dziecka jest świadomość, że do każdego z nas może przyjść po pomoc i na każdym z nas tak samo polegać.
Ojciec jest dziecku bardzo potrzebny, niezbędny, a miłość i autorytet ojca po prostu niezastąpione. Każdego dnia nieustannie przekonuję się, jak bardzo – bez względu na to, czy mam lat 3, czy też 30. I mnie też jest taki mężczyzna potrzebny, bo ja też chcę być kochana.
Mam nadzieję, że Laura w przyszłości będzie potrafiła docenić swojego tatę, który jest tam, gdzie powinien być – blisko niej.
Autor: Emilia, mama Laury
http://www.kochamylaure.pl/







