Dla wielu z nas trudno wyobrazić sobie Wielkanoc bez Lanego Poniedziałku. To dzień kojarzony ze śmiechem, wodą i porannymi psotami. Dla mnie to także wspomnienie z dzieciństwa, z podwórek i klatek schodowych. Z chwil, gdy wyjście z domu wymagało czujności, a czasem i małego planu.
Od zabawy do tradycji. Co kryje Lany Poniedziałek
Dziś to przede wszystkim zabawa. Lekka i spontaniczna. Tak po prostu się przyjęło, że w drugi dzień świat od pokoleń wygląda podobnie. Oblewanie wodą, psoty i zaskoczenie. Zwyczaj jest wszystkim dobrze znany, a jednak rzadko myślimy o jego pochodzeniu i dawnym sensie. A przecież Lany Poniedziałek ma historię dłuższą, niż zwykle sobie uświadamiamy. To tradycja, która łączy dawne wierzenia z późniejszymi świętami chrześcijańskimi i przetrwała wieki. Zmieniała formę, ale nie zniknęła. I do dziś pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów polskich świąt.
To jedna z najstarszych wiosennych tradycji. Wyrasta z dawnych wierzeń i symboliki, która przypisywała wodzie szczególną moc. Przez lata nazywano ją różnie: oblewajka, polewanka, lejek, smigus, dyngus albo po prostu Lany Poniedziałek. Nazwy się zmieniały, ale sens pozostawał ten sam. Chodziło o radość i nadejście wiosny. Woda miała dawać życie, oczyszczać i wzmacniać. Miała też zapewniać płodność i zdrowie. To nie był więc tylko przypadek. Traktowano to jak gest o znaczeniu niemal magicznym. Jak prośbę skierowaną do przyrody, by na wiosnę nie zabrakło deszczu i by ziemia dobrze rodziła.

Co ciekawe, najczęściej oblewano dziewczęta. Chłopcy czatowali z wiadrami i drewnianymi sikawkami, żeby zmoczyć choć trochę pannę. Protesty bywały głośne, ale często bardziej „na pokaz” niż z prawdziwego oburzenia. Prawie każda dziewczyna tego dnia chciała zostać oblana. To był znak zainteresowania i powodzenia. Wierzono, że panna polana wodą ma większe szanse na szybkie zamążpójście. Mówiono też, że woda dodaje urody i chroni przez cały rok.
Tego dnia nikt nie mógł czuć się bezpieczny. Woda lała się ze wszystkich stron, więc nic dziwnego, że panny często wolały nie wychodzić z domu. Zbyt łatwo mogły wrócić całkiem przemoczone. Albo wpaść do lodowatego stawu czy potoku. Zdarzało się też, że role się odwracały. Dziewczęta czekały z wiadrami przy drzwiach na „dyngusiarzy” – chłopaków chodzących od domu do domu. Mimo że mokry wracał niemal każdy, obrażanie się nie wchodziło w grę. Uważano, że to może sprowadzić pecha.
Kościół i próby ograniczania zwyczaju
Z czasem zwyczaj włączono w obchody Wielkanocy. Kościół nadał mu nowe znaczenie, choć wcześniej długo próbował go ograniczyć. Nie bez powodu. Dawniej oblewanie bywało bardzo intensywne i nie zawsze bezpieczne. Zdarzały się choroby, a nawet tragedie spowodowane lodowatą wodą o tej porze roku. Mimo zakazów i kar śmigus-dyngus przetrwał. Zmienił się jego charakter, zanikła surowa symbolika, a zostały: radość, śmiech i wspólna zabawa. To właśnie one sprawiają, że Lany Poniedziałek wciąż ma wyjątkowe miejsce w świątecznym kalendarzu.

Warto wspomnieć, że najstarsze wzmianki o słowiańskim zwyczaju polewania wodą pojawiają się już w XIV wieku. Pisał o nim czeski kaznodzieja Konrad Waldhauser. Opisywał wielkanocne poranki, podczas których smagano się rózgami i polewano wodą. Szczególnie tych, którzy zbyt długo spali.
W Polsce pierwsze pisemne ślady śmigusa i dyngusa pochodzą z początku XV wieku. Znajdują się w uchwałach synodu diecezji poznańskiej z 1420 roku, znanych pod nazwą Dingus prohibetur. Duchowni ostrzegali przed tymi praktykami. Uznawali je za swawolne i grzeszne. Krytykowali chodzenie po domach i „domaganie się” jajek oraz innych podarunków, a także wciąganie ludzi do wody wbrew ich woli.
O pochodzeniu tego zwyczaju wspominał też Benedykt Chmielowski w encyklopedii „Nowe Ateny”. Przytaczał tradycję, według której polewanie wodą miało sięgać czasów legendarnej Wandy. Po jej śmierci damy z dworu miały co roku polewać się wodą na znak żałoby. Chmielowski datował to wydarzenie na VIII wiek.
Skąd się wziął śmigus-dyngus? Spór o pochodzenie
Pochodzenie tego zwyczaju do dziś nie jest jednoznaczne. Nie da się wskazać jednego miejsca ani jednej tradycji, z której wyrósł. Część historyków zwraca uwagę na wpływy niemieckie. Sugerują to już same nazwy: śmigus-dyngus.
Samo słowo „śmigus” ma kilka możliwych wyjaśnień. Jedno z nich łączy je z niemieckim określeniem schmackostern. Inna teoria odwołuje się do staropolskich czasowników „śmigać” i „smagać”. I tu zaczynają się trudności, bo dawne znaczenia nie zawsze były jasne. „Smagać” mogło oznaczać uderzanie rózgą, ale też polewanie wodą. Podobnie bywało ze słowami „chłostać” i „chlustać”, które w średniopolskiej polszczyźnie czasem używano w tym samym znaczeniu.

Historia słowa „dyngus” jest nieco prostsza. Wywodzi się je od dawnego „dyngować”, czyli domagać się podarunków albo „wykupić się” przed oblewaniem wodą. Wskazuje się też na związek z niemieckim dingen, oznaczającym „wykupić się”. Pojawia się również forma dünguuss, rozumiane jako „chlust wody”.
Dyngus miał także charakter słowiańskiego „włóczebnego”. Dawniej oznaczał chodzenie po domach z życzeniami i śpiewem. Miało to przynieść gospodarzom szczęście i pomyślność.
Początkowo śmigus i dyngus były dwiema oddzielnymi tradycjami. Śmigus oznaczał smaganie zielonymi gałązkami lub polewanie wodą. Występował w różnych formach, zależnie od regionu. Na północy Polski dominował tzw. suchy śmigus, czyli uderzanie witkami. W środkowej i południowej części kraju popularniejsze było polewanie wodą, zwłaszcza dziewcząt.
Natomiast dyngus miał inny charakter – wiązał się z wykupem. Młodzieńcy chodzili po domach, składali życzenia i w zamian dostawali datki. Najczęściej były to jajka, drożdżowe bułki albo świąteczne potrawy.
Regionalne odmiany obrzędu
Nie wszędzie ten zwyczaj wyglądał tak samo. Na Śląsku Cieszyńskim smaganie witkami było szczególnie popularne i przetrwało najdłużej. W Beskidzie Śląskim na początku XX wieku chłopcy używali pędów trzciny cukrowej. Smagali nimi dziewczęta po nogach. Potem oddawali rózgi wybranym pannom. W zamian dostawali poczęstunek. Dziewczęta musiały zjeść „słodkie drzewko” na znak zgody i sympatii.
Polewaniu dziewcząt i gospodyń zawsze towarzyszył hałas, pisk i śmiech. Woda lała się z wiader, sikawek i butelek. Śmigusników zapraszano do domów. Częstowano ich „rozołką”, czyli wódką, oraz drożdżowym ciastem. Dziewczęta obdarowywały kawalerów malowanymi jajkami. Najbardziej ceniono pięknie zdobione pisanki, zwłaszcza kroszonki. Brak takich pisanek uważano za poważne niedopatrzenie. W domach, gdzie było kilka panien, przygotowywano nawet sto jaj, a czasem i więcej. Często zapisywano na nich życzenia i miłosne deklaracje. Dla wielu były początkiem bliższej relacji.
Dyngus też nie był przypadkowy. Chłopcy najchętniej zaglądali tam, gdzie mieszkały ładne dziewczęta. Często właśnie wtedy zaczynały się zaloty. Obrzęd miał więc wyraźny, towarzyski sens. I bardzo konkretny.

Polanie wodą traktowano jak wyróżnienie. Jak znak sympatii i uznania. Pominięcie domu było powodem do wstydu i to dla całej rodziny. W ten sposób dyngus stawał się też formą społecznej oceny.
Od obrzędu do zabawy
Dawniej zwyczajowi przypisywano wiele znaczeń. Wierzono w znaki i wróżby. Na Śląsku mówiono, że panna polana wodą i wysuszona karwaczem, czyli lnianym ręcznikiem szybko wyjdzie za mąż. Sądzono też, że taka dziewczyna będzie zdrowa przez cały rok. A chłopak, który oblał ją jako pierwszy, miał największe szanse zostać jej przyszłym mężem.
Ważny był też pierwszy gość. Jeśli w Lany Poniedziałek do domu wszedł młody chłopiec, wróżyło to szczęście całej rodzinie. Dla wielu takie znaki miały wtedy realne znaczenie.
Z czasem oblewanie zaczęto ograniczać. Stało się to dopiero w XIX wieku. Na wsiach wciąż polewano obficie. W miastach robiono to ostrożniej. Zamiast wody pojawiały się perfumy i wody kwiatowe. Używali ich głównie kawalerowie odwiedzający swoje wybranki.
Dawny dyngus był głośny i pełen rozmachu. Dziś ma zupełnie inny charakter. Z roku na rok widać, że zwyczaj traci na sile. Coraz rzadziej widać go na ulicach i podwórkach. Zmieniają się codzienne nawyki. Zmieniają się też oczekiwania. Już w drugiej połowie XX wieku gospodynie zaczęły pilnować domów. Chroniono podłogi, dywany i meble przed wodą. Chłopcy dostawali jajko do ręki. A dziewczęta zostawały w pokojach.
Dlaczego tak się stało? Powodów jest kilka. Ludzie częściej się przemieszczają. Żyją innym rytmem. Najważniejsze jest to, że zaniknęły dawne znaczenia. Kiedyś polewanie miało sens symboliczny. Było częścią zalotów. Sposobem okazania zainteresowania. Dziś ten wymiar niemal zniknął.

Śmigus-dyngus stał się prostą rozrywką. Najczęściej zabawą dla dzieci. Nawet sprzęt do polewania kupuje się w sklepach, zamiast sięgać po wiadro czy garnek. Mimo to zwyczaj nie zniknął całkowicie. Zmienia się razem z ludźmi. Upraszcza się i traci dawne funkcje. Ale wciąż jest obecny w wielkanocnym krajobrazie. I przypomina, że tradycje żyją tylko wtedy, gdy ktoś chce o nie dbać.







