Ludzie od wieków osiedlają się w jakichś miejscach. Latami stawiają domy, szkoły, szpitale, kościoły, kreują swoją codzienną przestrzeń. Myślą, że sielsko i bezpiecznie będzie już zawsze. Niespodziewanie przychodzi jeden taki dzień, który niszczy wszystko. Tylko jeden.
Dla miejscowości Mati był to poniedziałek. Miejscowi pewnie kładli się w niedzielę z myślą, że jutro znów trzeba wcześniej wstać do pracy. W poniedziałek już się nie kładli, nie mieli gdzie – wszystko zabrał ogień.
Na jednej z ulic osmolone ściany domu, wszystko prowizorycznie zabezpieczone policyjną taśmą. Nikt nie pilnuje, więc reporterzy dziesiątek stacji radiowych i telewizyjnych z całego świata wchodzą i wychodzą. My też wchodzimy. Sama wchodzę, mimo że czuję się tam jak hiena cmentarna i mam ochotę odejść, pozwolić tym ludziom w spokoju opłakać straty.
W pokoju po lewej stoją krzesła. Pięć krzeseł, jakby czekały, aż ktoś postawi pośrodku stół i cała rodzina zasiądzie do obiadu. Pod ścianą leży zastawa. Na ziemi, w kawałkach.

Obok mały pokoik, w nim tylko dwie rzeczy: rama łóżka i krzesło. Rama jest mała, w łóżku pewnie spało dziecko.

Z innych pokoi zostało jeszcze mniej. Nic więcej niż czarne od sadzy ściany, stopione szyby, spalone framugi. Gdzie się podziali mieszkańcy tego domu, czy przeżyli, co z nimi teraz będzie – nie wiemy.
Takiej tragedii chyba nigdy nie da się do końca pokazać, czy opisać postronnym. Chodząc po czarnej od sadzy ziemi w Mati, patrząc na ludzi zbierających to, co zostało z ich majątków, mijając wraki samochodów, czułam, jakbym sama straciła wszystko. Jakby to mój budowany przez lata dom, w którym miałam być szczęśliwa już zawsze, stał teraz doszczętnie spalony. Chciałam zabrać się do pracy, zacząć sprzątać jak wszyscy dookoła.

Po powrocie do domu zmywam sadzę z nóg i butów. Zamienione w czarny pył czyjeś życie. Sadza jednak uparcie nie daje się zmyć z podeszwy, jakby chciała mi codziennie przypominać, że stąpam po bardzo nietrwałym i chwilowym gruncie.
Tekst: Monika Szarek
Zdjęcia: Krzysztof Mlyczyński







