Strona głównaTurystykaGrecja oczami PolakówWodospad Kalamou - raj "tuż za rogiem"

Wodospad Kalamou – raj „tuż za rogiem”

Czy są jeszcze miejsca, w których można poczuć, że się tak naprawdę je odkrywa? Długo szukaliśmy takiego miejsca gdzie nie byłoby utartych ścieżek, zaznaczonych szlaków, mnóstwo informacji jak dojść czy opinii innych. Jednak sprawdza się stare powiedzenie: kto szuka ten znajdzie! Tak mocno wpatrzeni jesteśmy w piękno Parnithy że nie zauważamy dobrodziejstwa natury zaraz obok. Może tym lepiej, bo dla miłośników i poszukiwaczy własnych szlaków jest to raj na ziemi.

Zbliżała się niedziela i jak zapewne większość z Was wie gdzieś musiało nas ponieść. To miała być niespodzianka dla mnie i nie miałam pojęcia gdzie jedziemy. Tym razem musieliśmy zostawić nasze rowery w domu i ruszyć w pieszą wędrówkę by odkryć nowe miejsce.

Ruszyliśmy ku przygodzie, w stronę jak zawsze przeciwną niż inni. Z przydrożnych znaków wynikało, że kierujemy się do małej miejscowości Oropos (Ωρωπός). Jednak w połowie zboczyliśmy z drogi i przydrożna informacja wskazywała, że jesteśmy w pobliżu wioski Kalamos (Κάλαμος).

Kalamos to wioska w północno-wschodniej Attyce, na południe od Oropos i na północ od Kapandriti. Jej populacja według spisu z 2011 roku wynosi 1824 mieszkańców. Jest to obszar wakacyjny, o dużym natężeniu ruchu w miesiącach letnich. Administracyjnie należy do gminy Oropos. To piękne miejsce i warto je odwiedzić.

Faktycznie to miejsce jest warte uwagi i przestudiowania tamtejszych terenów. Ale żeby zbudować we mnie napięcie oczekiwania najpierw trzeba było pojechać na kawę w bardzo nietypowe miejsce. W środku lasu, mała kantyna nad brzegiem rzeki. Coś fantastycznego! W małej miejscowości Mikroxori (Μικροχώρι), wśród pięknych okolicznościach przyrody piliśmy kawę i rozmawialiśmy z mieszkańcami z pobliskich wiosek, którzy zatrzymywali się na kawę podobnie jak i my. Dowiedzieliśmy się o niesamowitych skarbach jakie kryją te lasy. Oczy mi się świeciły jak płomyki w świeczce. A najbardziej ucieszyła mnie informacja, że te lasy obfitują w grzyby.

Oj coś czuję, że będzie to moje ulubione miejsce odwiedzin na jesień! – zdecydowanie pomyślałam. A co w takim razie ma dla mnie Paweł? Co jemu udało się odnaleźć?
Okazało się, że tuż za „rogiem”, pod samym nosem – znajduje się ukryty w gąszczach lasu przepiękny Wodospad Kalamou (Καταρράκτες Καλάμου), zaraz obok wioski o tej samej nazwie. I tu urywają się informacje! Brak tabeli, oznaczonych szlaków czerwoną farbą, czy niejasne wskazówki w Internecie. A ja dostałam kategoryczny zakaz zaglądania do telefonu co sprawiło, że moja dziecięca ciekawość została pobudzona.

I to właśnie w tej wyprawie najbardziej się nam podobało! To, że nie można znaleźć na mapie gotowego szlaku do tego miejsca. Po okruszkach zdobytych informacji ruszyliśmy w drogę.

Początek zapowiadał się bardzo obiecujący. Dość łatwa, szeroka i ubita przez auta droga szutrowa. Wędrowało się bardzo przyjemnie, a widoki umilały płynący czas.

Na trasie nie spotkaliśmy żadnych ludzi by dopytać się, w którą stronę mamy skręcić by dotrzeć do upragnionego celu. Tylko natura i instynkt podpowiadały nam, że kierujemy się w dobrym kierunku. Byliśmy zdani tylko na siebie. Po około 2 kilometrach od miejsca gdzie zostawiliśmy auto na rozdrożu dwóch dróg dotarliśmy do kolejnego rozwidlenia i czuliśmy, że jesteśmy blisko. Błędem było pokierować się utartym szlakiem, ale zrobiliśmy to i doszliśmy do szczytu wzniesienia, z którego mogliśmy zobaczyć i usłyszeć nasz upragniony cel.

Chwila zadumy, rozejrzenie się po okolicy by wypatrzeć najtrafniejszą drogę do wodospadu.
Szukajcie, szukajcie a znajdziecie – jestem tu! – dało się słyszeć w leśnym szumie.
Nie dotknięty ludzką ręką, mały cud natury ukryty przed tłumami w szczelinach dwóch potężnych skał i otulony po obu stronach konarami drzew. Kusi swoim szumem i potęgą. Drogę do niego znajdą Ci, którzy cierpliwie i z szacunkiem będą szukać ścieżki.
My mamy cierpliwość, wróciliśmy do rozwidlenia dróg i obraliśmy drugą trasę.
Wchodząc na ścieżkę można było usłyszeć szum wodospadu. Ciarki nas przechodziły a ciekawość sięgnęła zenitu. Staliśmy na szczycie ukrytego cuda natury i zastanawialiśmy się jak do niego dotrzeć.
Jak już byliśmy w miejscu, gdzie zaczyna się wodospad postanowiliśmy to zobaczyć. Zeszliśmy z małej skarpy w dół rzeczki i ujrzeliśmy piękne, duże, białe kamienie otulone błękitno- zieloną rwącą wodą z rzeki. To uczucie poszukiwacza, niecierpliwość, burza myśli było bezcenne. Adrenalina prowadziła nas do celu. Trzeba było pomyśleć gdzie może być zejście do wodospadu. Widzimy drogę prowadzącą na pobliskie wzgórza, ale to nie to! Czujemy, że to nie tędy droga. Ruszamy na pobliską polanę. Nie ma żadnego znaku, ani utartej malutkiej ścieżki – nic! Jednak wszystko wskazuje nam, że to gdzieś tu. Zbliżamy się do krzaków, wchodzimy w nie i widzimy maleńką ścieżkę. Obieramy ten kierunek. Po kilku metrach przeprawiania się po kolczastych krzakach stanęliśmy na skraju skarpy! Patrzymy w dół a tam pionowa ściana i tylko sama glina.

Mała dyskusja co dalej i postanowiliśmy, że Paweł zejdzie, a ja poczekam na górze. To było jego odkrycie, więc jemu należą się honory zdobycia tego miejsca. Był strach, bo z góry nie było widać jak wysoka jest skarpa i czy jest choć kawałek krzaka by podtrzymać się podczas schodzenia.

Im niżej schodził tym słabiej go słyszałam. W którymś momencie zostałam sama z uczuciem niewiedzy czy udało mu się zejść i dotrzeć bezpiecznie do wodospadu. Zasięgu nie było więc jakakolwiek próba skontaktowania się z nim nie wchodziła w grę.
Siedziałam na polanie. W głowie miałam miliony scenariuszy. Co chwilę zerkałam w różnych kierunkach po krzakach, wypatrując wracającego odkrywcy. Minuty wydawały się godzinami. Zerwał się silny wiatr, słońce zaczęło grzać mocniej a ja siedziałam po środku niczego, czekając na mały ruch na horyzoncie.

Nie wiem, ile czasu upłynęło, ale w końcu ujrzałam po swojej lewej stronie wyłaniającą się malutką postać Pawła! Przy tym wziesieniu usypanym białym piaskiem, ale z daleka wyglądających jak małe skały. Natura ma swoje własne drogowskazy, na które warto zwracać uwagę.
Ufff udało mu się, chociaż zszedł z innej strony znalazł powrotną drogę. Jego mina mówiła wszystko! Było warto tyle przejść by to ujrzeć. Z szeroko otwartymi z zachwytu oczami zaczął swój potok słów opowiadając co na dole odkrył.

Ze skarpy było jeszcze trochę do zejścia w dół, ale jak tylko dotknął koryta rzeki poczuł ulgę, że to już koniec skarpy. Ruszył korytem rzeki w kierunku wodospadu. Wszędzie piękne białe kamienie i woda. Idąc pod prąd kilka metrów w końcu ujrzał go. Wysoki prawie na osiem metrów i silny po ostatnich opadach deszczu Wodospad Kalamou! U jego stóp utworzyło się jezioro w kolorze błękitno zielonym. Aż zachęcało by zrzucić z siebie wszystko i ochłodzić ciało po ciężkiej wędrówce.

Długo jednak nie mógł go podziwiać, bo wiedział, że jestem na górze i martwię się o niego. Teraz musiał szukać drogi powrotnej. Postanowił iść z prądem rzeki i szukać jak najmniejszego wzniesienia i wspiąć się do góry. Rozpoczął swoją wędrówkę pomiędzy ogromnymi głazami, aż w końcu ujrzał po lewej stronie zarysy ukrytej w krzakach ścieżki. Zaryzykował i zaczął się nią spinać. Ściana była praktycznie pionowa, ale były krzaki, mógł się ich trzymać i piąć się w górę. Po kilku metrach ciężkiej wspinaczki nagle ujrzał zwisające liny! Chwycił je, jakby to była ostatnia deska ratunku.

Kolejne metry wspinaczki i w końcu ujrzał znaną mi już polanę.
Głośny okrzyk w moją stronę i mogliśmy się cieszyć odkryciem. Wszystko skończyło się dobrze! Nagrodą dla zmęczonego ciała było wygrzanie się w promieniach wiosennego słońca na plaży w powrotnej drodze do domu. Jednak była to nietypowa plaża. By do niej się dostać trzeba koniecznie zobaczyć Ancient Rhamnous (Αρχαιολογικό χώρο Ραμνούντα).

Stanowisko archeologiczne, które zasługuje na uwagę miłośników historii. Stanowisko znajduje się na wzgórzu, blisko morza, pomiędzy dwoma zatokami. To miejsce miało ogromne strategiczne znaczenie dla szlaków morskich. To jedno z najważniejszych zabytków Attyki i musicie to zwiedzić. Wygodne buty a w plecaku ręcznik i strój kąpielowy, bo zaraz po zwiedzaniu możecie tak jak my ochłodzić się na pobliskiej plaży.

Co dają nam takie wyprawy?
Poświęcone godziny na poszukiwanie takich jeszcze nie odkrytych miejsc dają nam ogromną radość.

A kiedy już rozpoczynamy przygodę?
Można zapomnieć się i zatopić całkowicie swoje myśli wokół otaczającego nas piękna. Wszystkie przyziemne sprawy, problemy robią się malutkie w obliczu tego wszystkiego. Nasze wszystkie zmysły są skupione na chłonięciu energii z takich miejsc. Później pomaga nam to przetrwać do kolejnej wyprawy. I takie życie od wyprawy do wyprawy bardziej nam pasuje niż myślenie: „byle do weekendu”. Cieszymy się każdym malutkim szczegółem w tym „obrazie” krajobrazu. Dostrzegamy nawet liścia w kształcie serca leżącego w jedynej kałuży na ścieżce.
Drobne, ale ważne szczegóły sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi.

Uczymy się od matki natury jak sobie radzić w codziennym życiu. Dostarcza nam uczuć, o które na co dzień jest ciężko. Poznajemy zapachy, dotykamy rzeczy, których nie spotkamy na betonowej ulicy miasta, widzimy naturalne piękno, o które tak ciężko. Otrzymujemy cudowne ukojenie zmysłów. Czas staje w miejscu i nic się nie liczy.

To miejsca gdzie jeszcze nie zobaczy się ludzi ani ich śladów w postaci ton śmieci. Można jeszcze poczuć, że na tej ziemi są miejsca gdzie natura ma swoje prawdziwe piękno. Dlatego proszę Was gdybyście się wybierali tam lub gdziekolwiek indziej nie zostawiajcie po sobie śmieci. To co widzimy na trasach przeraża nas. Szanujmy to co nam natura daje, cieszmy się tym i pozwólmy cieszyć się innym!

Z pewnością Was ciekawi czy wróciliśmy do wodospadu bym i ja mogła go ujrzeć!
O tak, cały tydzień myślałam o nim i nie dawał mi spokoju. Moje myśli ciągle krążyły wokół niego. Postanowiliśmy tam wrócić kolejnej niedzieli. Do zdobywania go dołączyli nasi znajomi, którym też apetyt urusł, kiedy opowiedzieliśmy im co udało się nam odkryć. I tak wczesnym niedzielnym rankiem ruszyliśmy całą grupą ku przygodzie.

I kolejny raz wyprawa dała nam mnóstwo radości, uśmiechów i oczekiwania aby trudności zostały spełnione. Zejście do wodospadu było naprawdę niebezpieczne, a w jednym miejscu człowiek staje ze sznurkiem w ręce na skale, pod nogami przepaść i zastanawia się: po co mi to. Bije się ze słabościami i myślami. To na tej skale toczy się cała magia walki z samym sobą. Z naszej grupy udało się wszystkim zwalczyć lęk i zeszliśmy.

Droga do wodospadu była usłana różnej wielkości głazami. Wspinanie, podciąganie i zjeżdżanie, karczowanie, układanie przejścia przez rzekę z kamieni tak wyglądał nasz niedzielny spacer. Nie odbyło się bez problemów. Jak tylko zeszłam ze skarpy okazało się, że moja podeszwa z buta…. odkleiła się! I co teraz! Przede mną jeszcze dość sporo drogi i to nie asfaltowej! Chwila grupowego zastanowienia się i znalazło się rozwiązanie. Założyłam zapasowe skarpety na buty i ruszamy dalej! Wspominam o tym, bo na takich wyprawach nigdy nie wiadomo co może się przydać i jeżeli intuicja ci mówi żeby coś zabrać ze sobą to bierz. Tak było ze mną. Po te skarpetki rano wróciłam się do domu, bo coś mi mówiło, że mogą się przydać! I proszę, bardzo sie przydały.

Nie wiem ile czasu zabrało nam dotarcie do wodospadu. To nie miało znaczenia, bo kiedy go ujrzeliśmy, z naszych piersi wydobywały się dzikie, indiańskie okrzyki radości.
Naprawdę nie chciało się opuszczać tego miejsca. Zjedliśmy drugie śniadanie i wspominaliśmy drogę.

Jeziorko pod wodospadem kusiło by się zanurzyć, jednak nikt z dorosłych nie odważył się wskoczyć do tej lodowatej wody. Klasę i odwagę pokazał nam jednak nasz najmłodszy uczestnik wyprawy. „Po cichaczu” postanowił sprawdzić czy naprawdę jest tak zimna woda jak mówimy. I takim sposobem jedynym odważnym, który posmakował kąpieli w tym orzeźwiającym jeziorku był pięcioletni Antoś! Mama była przygotowana na takie ewentualności więc zaraz po niespodziewanej kąpieli zabrała się do przebrania naszego bohatera.

Powrót do ścieżki prowadzącej w górę okazał się znacznie szybszy niż się spodziewaliśmy.
I z przykrością stwierdziliśmy, że to już prawie koniec przygody. Teraz tylko wspinaczka po skarpie. Droga do góry okazała się być znacznie łatwiejsza niż w dół. Nie żeby było łatwo, bo fizycznie też wymagało od nas mnóstwo energii, ale było mniej lęku.
Kiedy już wszyscy zebraliśmy się na polanie, stwierdziliśmy, że takie przeprawy to cała esencja zdobytego celu.

Wskazówki dla osób które będą chciały się wybrać na taką wyprawę:

  • W wiosce Mikroxori znajduje się również wodospad. W kantynie sympatyczny właściciel powie wam gdzie macie się kierować.
  • Kantyna na Google mapa jest oznaczona jako Κιόσκι, powiadomcie kogoś bliskiego gdzie się wybieracie i kiedy planujecie powrót.
  • Zabierzcie ze sobą wodę, jedzenie, bardzo wygodne i odpowiednie obuwie.
  • Mamy nadzieję, że nabraliście apetytu na wędrówki w tamte okolice. Szukajcie a znajdziecie znacznie więcej.

My już szykujemy się na kolejne odkrycia w tych okolicach i z radością podzielimy się nimi z Wami.

Pozdrawiamy Paweł i Sylwia

NAJNOWSZE

KUCHNIA

Informacje polonijne