Tu przejdziesz się śladami bohaterów „Mamma mia!”, usłyszysz legendy mrożące krew w żyłach i zanurkujesz w krystalicznie czystych wodach. Ale Skiatos, Skopelos i Alonissos mają znacznie więcej do zaoferowania. Przekonajcie się sami!

Gdy dobijamy do portu w Skopelos, mam wrażenie, że powietrze pachnie tutaj inaczej. Choć jestem tu zaledwie od paru minut, czuję się jak u siebie. Poznaję Daphne – Holenderkę, która 20 lat temu doznała podobnego odczucia jak ja. – Uważaj – mówi z uśmiechem – ta wyspa wciąga.

Jeśli Skopelos, to Mamma Mia!
Skopelos leżąca pomiędzy wyspami Skiatos i Alonissos zasłynęła kilka lat temu dzięki musicalowi „Mamma Mia!” z Meryl Streep w roli głównej. To tutaj nakręcono większość scen do filmu, co spowodowało masowy napływ turystów. Każdy na własne oczy chciał zobaczyć, gdzie znajduje się pensjonat głównej bohaterki oraz kościół, w którym brała ślub. Chcę zobaczyć i ja. Namawiam Daphne, żeby mnie tam zabrała. Ale ona tylko się śmieje. Powód wesołości poznaję już wkrótce.skopelos mamma mia

Otóż filmowy hotelik naprawdę nie istnieje, a wnętrze kościoła Agios Ioannis zbudowanego na wysokim klifie mocno odbiega od tego, które można było zobaczyć na ekranie. Filmowcy zrekonstruowali je (czytaj odpowiednio powiększyli) w Hollywood, gdzie ostatecznie nakręcono scenę. „To jest to?! To nie może być to…” – słyszę jęki zawodu kolejnych turystów, gdy wreszcie docierają do maleńkiego kościółka po mozolnej wspinaczce po licznych i momentami stromych schodach. Ale to nie koniec niespodzianek. Daphne przywołuje scenę z Christine Baranski na plaży (piosenka ‘Does your mother know’), gdzie aktorzy tańczą bez najmniejszego trudu. I nic dziwnego skoro fragment słynnej plaży Kastani wylano cementem, a następnie tylko pokryto piaskiem…

Skopelos miasto

Spaceruję po uliczkach miasteczka Skopelos, któremu nie mogę odmówić uroku. Życie tutaj toczy się niespiesznie. Atmosfera jest rewelacyjna, a ludzie niesamowicie przyjaźni. Nie jestem w stanie przejść spokojnie kilkunastu metrów, bo stale się witam z kolejnym znajomym. Jakbym spędziła tutaj co najmniej parę lat, a nie kilka dni. Sprawia mi to ogromną przyjemność. Ale jeszcze większą sprawiłoby mi spróbowanie słynnego cheese pie (placka z ciasta filo wypełnionego serem), któremu nie mógł się oprzeć sam Pierce Brosnan. Tutejsze ulice nie mają nazw, więc mieszkańcy, żeby wytłumaczyć, gdzie znajduje się dane miejsce, mówią: obok kościoła, przy domu z czerwonymi okiennicami, etc. W ten sposób wreszcie docieram do sklepu Michalisa , który robi najlepsze cheese pie na wyspie.

Skopelos cheese pie

Wystarczy powiedzieć, że prowadzi ów biznes z sukcesem od 25 lat! Delektując się domową lemoniadą i nie mogąc się zdecydować, czy najpierw powinnam spróbować cheese pie, czy może cream pie (autorski twór mojego gospodarza), słucham opowieści Michalisa, który zabiera mnie w przeszłość. Podziwiam zdjęcia zrobione między 1907 a 1958 rokiem i poznaję jego mamę, która wspomina swój pobyt w Zakopanem. Nie mamy szansy jednak dłużej porozmawiać, bo oto kolejni amatorzy serowego przysmaku nadchodzą.

Zabawę czas zacząć
Niezwykle zielona Skopelos posiada ok. 5 tysięcy stałych mieszkańców i aż 365 (!) kościołów oraz klasztorów. Rezydenci żartują, że po jednym na każdy dzień roku. Czasami bywa tak, że jedno panigiri (uroczystość związana z obchodzeniem imienin danego świętego i jednocześnie patrona miasteczka, osady czy wsi) wypada zaraz za drugim, szczególnie w lecie, i wtedy cała wyspa się bawi. Bo panigiri, mimo że ma aspekt religijny, to bardzo radosne i często żywiołowe święto, w którym uczestniczą wszyscy bez względu na wiek. Mieszkańcy okolicy wystawiają obok kościołów stoły uginające się od lokalnych specjałów, w tym napojów wyskokowych – uwaga na tsipouro (wysokoprocentowy alkohol produkowany z moszczu winnego), a muzykanci przygrywają do zabawy. A ta potrafi trwać do bladego świtu. Przekonuję się o tym, trafiając do jednego z barów znajdującego się przy głównym deptaku w porcie – La Costa. Gdy na ścianie szaleją płomienie ognia, właściciel – ekscentryczny Lope, odpala piłę łańcuchową i zaczyna show, w którym udaje, że odcina głowę swojej partnerce. Mimo że dochodzi druga w nocy, w barze zbiera się coraz więcej ludzi. To już tradycja. Wiadomym jest, że gdy wszystkie knajpy w miasteczku zostają zamknięte, zabawa w La Costa dopiero się rozkręca.

Skiatos Borzoi

Jednak to nie Skopelos, a Skiatos jest mekką życia nocnego na Sporadach Północnych. Miasteczko wypełnione jest barami i klubami, które zbierają barwny tłum uśmiechniętych i skorych do szaleństw ludzi. Jednym z miejsc, które na pewno warto odwiedzić jest słynny Rock’N’Roll, gdzie goście piją drinki, siedząc na kolorowych pufach i poduchach lub tańczą na schodach, przy których znajduje się bar. Innym ciekawym miejscem jest Borzoi, który niegdyś był jednym z najmodniejszych klubów nocnych w całej Grecji. Dziś w części stanowi także restaurację, w której serwowany jest wart grzechu deser w postaci kremu waniliowego z pomidorami.

Miejsce, w którym tworzono historię
Kosmopolityczna Skiatos, której nazwa oznacza „w cieniu góry Athos”, mieści jeden z najsłynniejszych klasztorów w całej Grecji – Evangelistria. Ten położony jest w bardzo malowniczej, zielonej okolicy ok. 5 km od miasta Skiatos. Wybieram się tam z Argyrisem, który zdecydował się pokazać mi wyspę oczami tubylca. Dowiaduję się, że klasztor odegrał niegdyś dużą rolę w walce o niepodległość. Tu także zaprojektowano i wywieszono pierwszą grecką flagę z białym krzyżem w 1807 roku. Jeden z mnichów zabiera mnie na degustację lokalnych trunków, w tym wspomnianego wcześniej tsipouro. Ale Argyris już mnie popędza, nerwowo spoglądając na zegarek. - Zaraz zobaczysz jedną z największych atrakcji turystycznych – mówi tajemniczo. Kilkanaście minut później parkuje samochód przy lotnisku. Widzę rozemocjonowany tłum turystów z aparatami, którzy gromadzą się przy początku pasa startowego, oddzielonego jedynie ogrodzeniem z siatki. Spoglądam pytająco na mojego kompana, który rozpoczyna głośne odliczanie. Samochód zaczyna drżeć. Mimo zamkniętych okien słyszę narastający warkot. I wtem nad nami, i dosłownie kilka metrów nad głowami gapiów, przelatuje samolot schodzący do lądowania. Niektórzy podskakują, próbując dotknąć rękami podwozia, inni pstrykają zdjęcia niczym paparazzi uganiający się za celebrytami. Argyris, widząc moją minę, zaczyna się śmiać. Zabiera mnie na lody do kawiarni przy głównej ulicy Papadiamanti, która stanowi tętniący życiem deptak wypełniony sklepami, kawiarniami i restauracjami. Wyjaśnia, że nazwa ulicy wzięła się od Aleksandrosa Papadiamantisa – wielkiej postaci greckiej literatury, którego muzeum-dom mieści się nieopodal, zaledwie 100 m od portu.

Skiatos kastro

Papadiamantis, będący zarówno tłumaczem, jak i pisarzem, napisał ponad 180 opowiadań, które do tej pory oddziałują na wyobraźnię mieszkańców. Morderczyni działająca w imieniu boga, ukryte skarby, zjawy szukające zemsty – te historie nadal są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Papadiamantis jest również twórcą jednej z legend dotyczących Kastro – bizantyjskiej twierdzy leżącej w północnej części wyspy. Ponoć odciśnięte na drodze ślady należą do kopyt konia, na którym jechał Św. Jerzy lub nawet sam Chrystus. Forteca została wybudowana w połowie XIV wieku wraz z 400 domami i 20 kościołami w celu ochrony przed atakami piratów i stanowiła stolicę do 1829 roku. Dziś znajdują się tu już tylko 4 kościoły, dom w starym stylu, brama oraz część murów. Warto odwiedzić Kastro, jeśli nie dla legendy, to na pewno dla wspaniałych widoków, które można podziwiać z punktu, gdzie powiewa grecka flaga.

Południe vs. północ
Gdy trafiam na najsłynniejszą plażę wyspy Koukounaries, nie kryję rozczarowania. Trudno tu o kawałek wolnego miejsca i panuje dość duży harmider. Poza tym plaża jak plaża, w tej nie widzę nic wyjątkowego, mimo że wszyscy tak ją zachwalali. A przecież Skiatos dysponuje naprawdę licznymi plażami, bo ponad 60-cioma, które są zdecydowanie bardziej malownicze od tej, choćby leżąca zaraz obok spokojna i urokliwa Maratha. Ciekawymi miejscami są również znajdująca się nieco dalej na zachód rozrywkowa Banana i sąsiadująca z nią Mikri Banana (dla nudystów). Dobrym wyborem będą plaże odznaczone Błękitną Flagą, czyli spełniające najwyższe standardy, jak Ag. Paraskevi, Vromolimnos, Kanapitsa czy znajdująca się blisko miasta Megali Ammos. Do wszystkich można się dostać autobusem kursującym przez całą południową, czyli turystyczną część wyspy. Trasa, składająca się z 26 przystanków, wiedzie od miasteczka Skiatos po plażę Koukounaries. Ja jednak mam ochotę zobaczyć północne plaże, które dostępne są tylko od strony morza. W rejs zabiera mnie znajomy Argyrisa. Dzięki temu mam okazję zobaczyć Lalarię, która słynie ze swoich białych, idealnie gładkich i okrągłych kamieni oraz Błękitną Grotę, zwaną również Grotą Morderczyni.

Skiatos port

Wycieczkę kończymy w porcie. Stąd mam już tylko kilka kroków do Bourtzi – cypla znajdującego się naprzeciwko miasteczka i połączonego mostem, który oddziela port pasażerski od przystani rybackiej stanowiącej dziś port statków wycieczkowych. Przechadzam się ocienioną sosnami aleją. Mijają mnie spacerowicze i biegacze. Na jednej z ławek plotkują dwie starsze panie, na innej młoda dziewczyna czyta książkę. Odkrywam, że za murem tej dawnej weneckiej twierdzy zbudowanej na początku XIII wieku mieści się ośrodek kultury i amfiteatr. Latem organizowane są tutaj m.in. koncerty oraz przedstawienia teatralne i baletowe. Niestety nie będzie mi dane ich zobaczyć. Jutro wyruszam na Alonissos.

Skiatos Bourtzi

Postanawiam raz jeszcze przejść się po miasteczku. Co prawda Skiatos nie należy do największych miast, ale łatwo się zgubić w plątaninie wąskich uliczek, szczególnie po zmroku. Jak zwykle za punkt orientacyjny służy mi różowy kościół – Panagia Ikonistria, na którego tyłach znajduje się mała rodzinna knajpka Terpsis (z grec. przyjemność), do której po raz kolejny wpadam na małą przekąskę i kieliszek wina. Argentina, właścicielka wita mnie z uśmiechem i od razu zabiera się do pichcenia, Orsa – jej córka bez pytania nalewa mi kieliszek wina. Siadamy i gawędzimy jak stare znajome. Uwielbiam ten rodzinny klimat, który tutaj panuje, domową kuchnię i serdeczność gospodarzy. Gdy się dowiadują, że jutro wyjeżdżam, namawiają na zmianę planów. – Na Alonissos dostaniesz się w dwie godziny, wypłyń rano, pozwiedzaj i wróć do nas wieczorem – Orsa przedstawia mi plan działania. I faktycznie. Wyspy są tak dobrze ze sobą skomunikowane, że można wybrać się na lunch do Alonissos, a na kolację wrócić z powrotem na Skiatos. – Możesz też po prostu popłynąć na całodniową wycieczkę, po co od razu zmieniać wyspę! – przekonuje dalej.

Doskonale się bawię, pijąc wino, próbując kolejnych meze i słuchając opowieści męża Argentiny, który niegdyś pływał na statkach, odwiedzając liczne, w tym polskie, porty. Nagle orientuję się, że ostatnia taksówka wodna, która może mnie zabrać do hotelu, odpływa za niespełna 10 minut. Żegnam się w pospiechu i ruszam pędem w kierunku starego portu. Pokonując schody przy barze Rock’N’Roll, czuję się niczym Kopciuszek, co szczerze mnie rozbawia. Udaje mi się dotrzeć do przystani w ostatniej chwili, szczęśliwie po drodze nie gubiąc pantofla.

Alonissos panorama

Oaza spokoju
Cisza. Kompletna cisza. I prawie nikogo wokół. Patrzę na rude klify porośnięte drzewami, turkusową taflę wody i nieskazitelnie błękitne niebo. Jestem w raju? Nie, to plaża Kokkinokastro na malutkiej Alonissos – wyspie słynącej z pięknej i bogatej przyrody. Ponoć w tym miejscu znajdowało się kiedyś starożytne miasto (do czego nawiązuje nazwa oznaczająca Czerwony Zamek), które zatonęło w wyniku trzęsienia ziemi. Po raz pierwszy w ogóle nie myślę o pracy, obowiązkach.

Alonissos Kokkinokastro

Tu naprawdę można się zrelaksować! I te plaże… Daleko mi do osoby, która się na nich wyleguje, ale te mnie jakoś wyjątkowo kuszą. Zbliża się jednak pora lunchu, a Yorgos (znany także jako George) obiecał mi smakowitą niespodziankę. A jedzeniu serwowanemu w tawernie Archipelagos oprzeć się nie umiem. Pora wracać do Patitiri. Zajmuję swój ulubiony stolik i po chwili delektuję się doskonałą rybą z dzisiejszego połowu, którą specjalnie dla mnie filetował ojciec Yorgosa.

Alonissos muzeum

Gdy dochodzi druga, ulice pustoszeją. Brakuje tylko samotnego wyschniętego krzaczka, który przetaczałby się przez drogę. To oznacza, że nadeszła pora sjesty. Szkoda mi czasu na spanie w ciągu dnia, dlatego decyduję się odwiedzić pobliskie Muzeum Historii i Folkloru – jedno z największych (jeśli nie największe) prywatnych muzeów na wyspach greckich. Szczególne wrażenie robi na mnie sekcja poświęcona piratom. Opowiada mi o nich Colin, młody Holender, który wraz z rodzicami od lat opiekuje się tym miejscem. Opowiada tak ciekawie, że nie wiem nawet, kiedy upłynęły te dwie godziny. A czeka mnie przecież piesza wyprawa do Old Alonissos, czyli Chory, zbudowanej na klifie dawnej stolicy wyspy. To niezwykle malownicze miejsce pełne wąskich i krętych uliczek, w trakcie pokonywania których można łatwo stracić orientację. Zdarza mi się to parokrotnie, ale bardziej niż irytować, sprawia frajdę. Może to wróżki płatają mi figle? Z miasteczkiem związana jest pewna legenda. Niegdyś mieszkały tu wróżki, które nocą pojawiały się na ulicach i tańczyły. Pewien chłopak zakochał się w jednej z nich i skradł jej skrzydła. Doprowadził do tego, że i ona straciła dla niego głowę. I rzecz jasna żyli długo i szczęśliwie. Wśród mieszkańców panuje przekonanie, że w Chorze nadal rezydują bajkowe istoty…

Alonissos Chora
- A oto Kyra Panaya, gdzie znajdują się pozostałości osady neolitycznej uznawanej za najstarszą na Morzu Egejskim – głos kapitana wyrywa mnie z rozmyślań. – Zobaczysz tu też wrak statku z czasów bizantyjskich, ale wyspa najbardziej jest znana z klasztoru poświęconego Najświętszej Maryi Pannie.
Opieram ramiona na burcie i podziwiam widoki. Łódź leniwie kołysze się na falach. Ależ tu jest pięknie! Jestem niezwykle wdzięczna Yorgosowi za to, że namówił mnie na wycieczkę do Morskiego Parku Narodowego. Największą chronioną strefę morską w Europie zamieszkują liczne gatunki ryb, ptaków, gadów oraz delfinów. To także miejsce, gdzie rozmnażają się mniszki śródziemnomorskie – gatunek fok zagrożonych wyginięciem. Ich dom stanowi znajdująca się pod ścisłą ochroną wysepka Piperi, do której można przypłynąć jedynie za specjalnym pozwoleniem. My kierujemy się do Yury, która słynie z Jaskini Cyklopów. – Już Homer opisał ją w „Odysei”… - kapitan przerywa i śmieje się, klaszcząc w ręce. Teraz i ja ją widzę. Foka płynie obok nas z niesłychaną gracją. - Ależ ty masz szczęście! – Uśmiecham się. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już to kiedyś słyszałam.

Tekst i zdjęcia: Agnieszka Zawistowska/Akcja Grecja
logo ag



nk-widget