Dwie blondynki i ja
Jesteśmy we trójkę: dwie blondynki i ja. Zjeżdżamy się z różnych stron - Kamila z Francji, Edyta z jednej z greckich wysp, a ja z Polski, gdzie też nie mieszkamy blisko siebie: Warszawa, Wrocław i Kraków.

Pamiętam, że byłyśmy podekscytowane. Co prawda nie nastawiałyśmy się na kolejną, wakacyjną przygodę, temat był zbyt poważny. Ale czułyśmy, że coś elektryzującego wisi w tym greckim powietrzu, którym odetchnęłyśmy pełną piersią pod koniec sierpnia 2015 r.Nasz plan był prosty: działamy w Atenach, potem wyruszamy do Salonik, a na końcu na Lesbos. Wiedziałyśmy, że nie mamy zbyt dużo pieniędzy, że nie mamy gdzie spać, że nie mamy prawie żadnych znajomości. Że prawie w ogóle się nie znamy, ale na ten czas musimy zaufać sobie w 100% i stać się najbliższymi sobie ludźmi. Trzymając się za ręce wkroczyłyśmy w sam środek emocjonalnego piekła. Szkoda, że tego akurat nie wiedziałyśmy.​

***​

​W paszczy smoka
Temat uchodźców z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki zagnieździł się w polskich i światowych mediach niczym złośliwy, egzotyczny stwór. W maju 2015 r., kiedy rozpoczęłyśmy pierwsze przygotowania do projektu Greece behind the scene, już był na tapecie. Choć wtedy jeszcze usiłowano udawać, że to sytuacja przejściowa, że problem jakoś sam się rozwiąże. Nie było mowy o zamykaniu granic, na ekranie telewizora nie oglądałam jeszcze trzęsących się rąk Angeli
Merkel. Nie miałam za sobą tej strasznej nocy, kiedy w domu moich przyjaciół w Paryżu, w którym mieści się kawiarnia wysadził się zamachowiec-samobójca, zabijając kelnerkę, która kilka miesięcy wcześniej nalewała kawę moim rodzicom. Teraz jest początek lutego. Znów jestem w Grecji, w Atenach, w tym samym miejscu, w którym rozpoczęła się we wrześniu nasza przygoda. Pustym wzorkiem wpatruję się w ekran telewizora i słucham kolejnych doniesień o przewidywanej fali uchodźców, którzy uciekają z Aleppo po ostatnich bombardowaniach.

victoria syria

Aleppo, czyli po polsku Warszawa - obecnie wygląda bowiem tak, jak nasza stolica po powstaniu, którego ogień strawił ją w 1944 r. Może wydawać się to absurdalne - oglądając zdjęcia czy migawki z tego wymarłego, syryjskiego miasta, aż nie chce się wierzyć, że ktokolwiek mógł tam jeszcze żyć. A tym bardziej wyjść cało z kolejnych ataków. I wtedy przypominam sobie Faruqa* i jego ciemne dłonie, które z zabójczą szybkością i efektywnością skręcały kolejne papierosy, którego nigdy niezamykające się usta, niczym karabin maszynowy wystrzeliwały relacje z mocno zakrapianych, studenckich imprez, wydmuchiwały siwy dym, i nie martwiały nawet wtedy, gdy mówiły o rzezi w jego rodzinnym mieście, w którym wciąż mieszkali jego krewni. ​Faruq nie chciał walczyć. Może i poszedłby w bój przeciwko ISIS, gdyby miał pewność, że jeśli zwerbuje go armia Asada, nie stanie naprzeciwko swojego kuzyna z innego regionu Syrii, wcielonego do Wolnej Armii Syryjskiej. Może poszedłby, gdyby miał pewność, że dostanie coś więcej niż 2-dniowe szkolenie i jeden karabin na ramię. Gdyby naprawdę wiedział o co walczy. Gdyby widział dowódców na pierwszej linii frontu, którzy sami pierwsi giną za tę rzekomą wolność, a nie siedzą w biurach, wysyłając na śmierć kolejnych młodych chłopców, takich jak on. Ale Faruq jest tchórzem. Uciekinierem. Dezerterem. Tak bowiem nazywani są czasem młodzi mężczyźni, którzy nie chcą walczyć w wojnie wszystkich przeciwko wszystkim rozpętanej na Bliskim Wschodzie. Takich jak on łatwo potępia się, bezpiecznie grzejąc siedzenie w jakimś europejskim kraju, kiedy Aleppo kojarzy się tylko z Alpen Gold. Teraz Faruq studiuje medycynę na jednym z greckich uniwersytetów. Może kiedyś wróci do Syrii, żeby leczyć tych, którym wojna zabrała ręce, nogi i rodziny. Na razie opowiada o swoich imprezach i podróżach, i jeszcze bardziej nerwowo wyrzuca z siebie opowieści o swoim normalnym życiu.

Kurdyjski kwiat bez ziemi
Zupełnie innym głosem mówi Warda*, 18-letnia Kurdyjka. Jej imię symbolizuje jeden z kwiatów i rzeczywiście ma coś z niego - długowłosa, uśmiechnięta i eteryczna. Ale wystarczy zamienić z nią kilka zdań na temat Kurdystanu i już przed sobą nie widzę nieśmiałej, delikatnej, bezbronnej dziewczynki. To prawdziwa wojowniczka - w żyłach kurdyjska krew, a na ustach wielkie słowa o walce i wolności. Na razie Warda pilnie uczy się języków, bo zamierza zdawać na jeden z niemieckich uniwersytetów. Mieszka w Grecji od 12 lat, z czego kilka pierwszych spędziła w obozie dla uchodźców w Lavrio, położonym około 60 kilometrów od Aten. Jej ojciec, opozycyjny działacz, został napiętnowany za swoją działalność, dlatego rodzina Wardy musiała uciekać z tureckiej części Kurdystanu.

victori kurdistan

Dziewczyna niewiele pamięta ze swojego poprzedniego życia, jednak nigdy nie miała wątpliwości, gdzie jest jej miejsce. Marzy o tym, by wrócić do swojej ojczyzny. To chyba największa patriotka swojego pokolenia, jaką w życiu poznałam, a równocześnie Kurdyjka, czyli osoba bezpaństwowa; nie bez przyczyny jej ziomkowie nazywani są największym narodem bez państwa, dlatego też tak zacięcie walczą o niepodległość w tej bezwzględnej wojnie rozpętanej na Bliskim Wschodzie. Pamiętam jak z narastającym zadziwieniem rozglądałam się po wspólnym pokoju w obozie w Lavrio. To bez mała ołtarz Patrii Pracujących Kurdystanu, niepodległościowej organizacji dążącej do utworzenia autonomicznego państwa kurdyjskiego. Pomieszczenie pełne jest także podobizn Abdullaha Ocalana, legendarnego założyciela PPK, obecnie osadzonego w jednym z więzień w kraju prezydenta Erdogana. Na ścianach widzę też zdjęcia żołnierzy poległych w boju. O dziwo wiele z nich to kobiety, niekiedy bardzo młode - uśmiechnięte, pełne życia. Z karabinami przewieszonymi przez ramiona. Część z nich to wojowniczki kobiecych oddziałów tzw. YPG, zbrojnej grupy kurdyjskiej, walczącej po stronie syryjskiej opozycji. W oczach Wardy nie ma strachu. Po studiach chcę wrócić do ojczyzny, żeby pomagać swoim ludziom. To jest dla mnie najważniejsze, mówi i na pamiątkę kreśli mi na kartce kilka słów: Morze pozwoli wejść każdemu, ale tylko żeglarz będzie potrafił je okiełznać. Chowam kartkę z kurdyjskim przysłowiem do portfela, tuż obok dowodu osobistego, który wyrobiono mi, gdy byłam dokładnie w jej wieku. A potem patrzę na Wardę i wiem, że gdyby nie ucieczka z kraju, to pewnie dzisiaj jej zdjęcie wisiałoby w pokoju wspólnym, w Lavrio.

​​Victoria znaczy zwycięstwo?
W Atenach kontaktujemy z różnymi organizacjami, zajmującymi się pomocą uchodźcom i imigrantom w celu pozyskania informacji dla Polskiej Misji Medycznej. Rozmawiamy między innymi z przedstawicielami Lekarzy Świata. To godziny wysłuchanych opowieści o rzezi w Syrii, ludziach wypadających z pontonów, otwartych i zamkniętych ranach. Dla mnie to przede wszystkim Alina*, energiczna pani doktor z Ukrainy. W spodniach moro i ciężkich butach zdołała przemierzyła już kilka krajów, w których wojna i bieda okaleczyły tysiące ludzi. Wchodzimy do jej gabinetu przed którym gromadzi się kilkadziesiąt osób. Alina szybko krząta się po pomieszczeniu. Tęga czarnoskóra kobieta przygotowuje się do badania. W pokoju panuje ciemność rozświetlana tylko migoczącym ekranem urządzenia do badań pochłaniającym cały prąd i młodzieńczym blaskiem oczu 40-letniej, ukraińskiej lekarki. Alina szybko mówi, szybko działa i szybko pracuje, bo wie, że od tego zależy jak wielu ludziom zdąży dzisiaj pomóc. Jej młoda asystentka w ciemności notuje coś w karcie pacjentki.

***

W upalne dni kręcimy się wokół Placu Victorii w samym centrum miasta, gdzie gromadzą się nowo przybyli. To imigranci z Afganistanu i Pakistanu; niewiele osób mówi po angielsku. Syryjczycy są w obozie strzeżonym przez policję, do którego nie udaje nam się dostać. Każdy dzień na Victorii to nie tylko walka z głodem, ale także ze słońcem. Lato w betonowym mieście jest ciężkie, a w Grecji temperatura przekracza 40 stopni.

victoria2

Plac otaczają częściowo zapełnione kawiarnie, choć to raczej wątpliwa przyjemność sączyć frappe i obserwować kobiety w czarnych hidżabach, czy leżące na tekturach kilkuletnie dzieciaki. My jednak siadamy i zastanawiamy się co robić. To nasze pierwsze dni. Wyobrażamy sobie, że przeprowadzimy setki wywiadów, a każdy z przybyłych będzie wdzięczny za to, że podejmujemy się takiego trudu. Rozczarowanie przychodzi bardzo szybko. Rozmawiamy i obserwujemy przetaczającą się falę. Wszędzie śmieci, porozrzucane ubrania. Nagle zza jednego z masywnych krzeseł wyłania się mała główka z kręconymi czarnymi włoskami. To kilkuletnia dziewczynka ubrana w czarne spodnie i długą, czarną sukienkę. Uśmiecha się do nas nieśmiało i chowa twarz za oparcie. Edyta nawiązuje kontakt, śmieje się do niej, chowa twarz w dłoniach i szybko je opuszcza. Mała chichocze i ucieka. Za chwilę wraca z innymi dzieciakami. Mali chłopcy wpatrują się w nas i przyłączają do zabawy. Kilka metrów dalej dostrzegam mamę dziewczynki, siedzącą na betonie, prawie całkowicie zakrytą czarną chustą, odsłaniającą jedynie jej twarz. Uśmiecha się do nas. Na rękach trzyma bezwładne, młodsze dziecko, najwyżej rocznego chłopca. Jest niepełnosprawny. Odwracam twarz; dławiąca gula rośnie w moim gardle.

victoria4

Wracamy następnego dnia, ale nie z pustymi rękami. Przynosimy harmonijkę. Siadamy w tym samym miejscu, Edyta zaczyna nieśmiało dmuchać w instrument. Ulatniają się kalekie dźwięki. Dzieci podchodzą nieśmiało, patrzą na nas zafascynowane. Po kwadransie przejmują zabawkę i po kolei próbują na niej grać. Malutkie pudełko znika w tłumie, przerywane dźwięki niosą się po placu, a każdy z nich, z bliżej nieokreślonych powodów, rani mnie jak ostry odłamek szkła. Po chwili znajdujemy kilka białych kartek. Edyta zaczyna składać z nich coś, co przypomina samolot. Mali obserwatorzy ponownie oblegają nas, podchodzą coraz bliżej, jednak szybko zjawia się kelnerka i odgania ich ruchem ręki. Między słupkami przed naszym stolikiem rozciąga sznurek, oddzielający nas od tłumu. Patrzymy na siebie i po chwili znajdujemy się już po stronie naszych małych przyjaciół. Siadamy na ziemi i z papieru zaczynamy składać samoloty. Wokół nas gromadzi się coraz więcej osób - dzieciaki, a za nimi młodzi chłopcy. Śmieją się i przegadują, mówią coś po angielsku. Gdzie chcecie jechać?, pytamy, by nawiązać kontakt. Germany!, mówią wszyscy chórem. W pewnej chwili wokół nas zaczyna się zamieszanie. Zjawia się kilku mężczyzn około 40-stki, zaczynają kłócić się z naszymi młodymi kolegami. Kilka wrzasków i krzyków, w ruch idą ręce, zaczynają się szarpać. Atmosfera gęstnieje. Rozumiemy, że chodzi o nas. Rozglądam się wokół i napotykam przerażone oczy kobiet, odganiających nas rękami. Zabieramy rzeczy i szybko odchodzimy. Strach kiełkuje we mnie poniewczasie. Oczywiście nie byłybyśmy sobą, gdybyśmy za kilka dni znów się tam nie pojawiły.

victoria3

Tym razem z lokalnymi działaczami organizacji Bread&Action przynosimy jedzenie. W mgnieniu oka oblega nas tłum młodych mężczyzn, popychają nas i siłą wyrywają paczki. Pod nogami plączą się małe dzieci z wyciągniętymi rączkami. Vincent*, wolontariusz z którym pracujemy, krzyczy i zasłania wózek z pakunkami całym sobą. Odpychają go i wrzeszczą. Staram się pokonać opór silnych rąk. Dostrzegam starych i chorych, którzy nie mają siły wstać i bić się o jedzenie. Walka trwa dopóki wózek nie zostaje opróżniony. Kilka paczek, które udaje mi się wyrwać, roznoszę w dalsze miejsca. Jakiś mężczyzna, siedzący w tłumie na ziemi zaczepia mnie i wskazuje na kobietę, mocno opatuloną w koce, leżącą na betonie bez ruchu. Ma zamknięte oczy i bladą twarz. Rozumiem, że jest chora. Wołam Vincenta. Ten zamienia z mężczyzną kilka słów po arabsku. Odchodzimy. Pytam wolontariusza, co będzie z tamtą kobietą. I z innymi, leżącymi na ziemi, którzy nie mieli siły wołać o pomoc. Nie wiadomo. Pewnie za kilka dni przyjedzie Czerwony Krzyż i przywiezie jakieś leki. Nie oglądam się za siebie. Wracamy do domu. Vincent uśmiecha się i dużo mówi. To dla niego codzienność. Innym razem udaje nam się jednak porozmawiać z przybyszami. Siadamy na ulicy wśród porozrzucanych ubrań i brudnych materacy, i słuchamy kolejnych opowieści o wojnie i biedzie. Chodź, Vincent łapie mnie za rękę. Wskazuje w kierunku ciemnego samochodu, który właśnie zaparkował w okolicach placu. To przemytnicy. Ludzie codziennie próbują się do nich dodzwonić i załatwić transport na granicę z Macedonią. Widzę, że do auta wsiada kilka osób. Po chwili odjeżdżają. Rozglądam się po Victorii. Młodzi mężczyźni nerwowo wystukują numery na klawiaturach swoich telefonów.

​Szczęściarz z Damaszku
Chłopcy z Placu Omonii również nie wyglądają zbyt sympatycznie. To kolejna po Victorii betonowa patelnia w centrum miasta, otoczona kawiarniami, piekarniami i sklepami, położona po przeciwnej stronie głównej ulicy prowadzącej do Akropolu. Na najwyższym budynku, hotelu, wielki plakat przedstawiający tę piękną, starożytną budowlę i napis: Welcome to Greece, a pod nim rzędy siedzących, ciemnoskórych mężczyzn, wyglądających na takich, na których niekoniecznie czeka w domu ciepły posiłek i czysta łazienka. Uchodźcy? Imigranci? Grecy z wyboru? Na chwilę? Na zawsze? Nie wiem, co tutaj robią i ile zostaną, ale mogę dać sobie obciąć rękę za to, że większość z nich marzy o tym, żeby znaleźć się w Niemczech.

victoria5

Grecja to dla większości jedynie przystanek w drodze do raju. W Atenach, gdzie trafiają niemal wszyscy muzułmańscy imigranci z krajów Bliskiego Wschodu po przeprawie promem z wysp, nie ma ani jednego meczetu.

***

Luty. Stoję na Placu Omonii i widzę tych wpatrujących się we mnie mężczyzn. Myślę o ostatnich wydarzeniach w Kolonii i zastanawiam się, ilu z nich już zdążyło przedostać się do Niemiec.

***

Jako że stężenie czarnego humoru w naszych rozmowach o projekcie i całym problemie zaczęło wzrastać niepokojąco szybko, Omonia również niejednokrotnie padła obiektem naszych niewybrednych żartów, bo - mimo wielu ostrzeżeń - lądowałyśmy tam niepokojąco często. I to właśnie tam pojawiamy się również pewnej nocy w towarzystwie Sayida*, młodego Syryjczyka, z którym połączyła nas przyjaźń trwająca do dzisiaj. Cała historia tej znajomości jest dośćniezwykła. Podczas naszego pobytu w Atenach dziewczyny postanowiły odwiedzić znajomego w sąsiedniej miejscowości, położonej nad morzem. I właśnie w czasie drogi powrotnej poznały Sayida, który również zmierzał do Aten. Od słowa do słowa okazało się, że narzeczona chłopaka studiowała na uniwersytecie w Damaszku razem z Chrisem*, przyjacielem Edyty, uchodźcą, którego historia była bezpośrednią inspiracją do rozpoczęcia projektu. Jeszcze tego samego dnia wieczorem spotykamy się wszyscy na naszym ulubionym, uroczym placu. W historii Sayida niczym w soczewce skupia się kilka absurdów i dramatów uchodźców z Syrii. Chłopak, absolwent wyższych studiów inżynierskich tuż po ich ukończeniu postanowił wydostać się z kraju, wiedząc, że powołanie do armii to jedynie kwestia czasu (wcześniej odbył już szkolenie wojskowe, będące warunkiem otrzymania dyplomu ukończenia edukacji). Pierwszym przystankiem na jego tułaczej drodze była Turcja, do której przedostał się zapakowany razem z innymi, umierającym z braku powietrza i wody osobami. Stamtąd przemytnicy przetransportowali go pontonem przez morze na Kretę. Potem wyruszył w podróż do Aten, podczas której spotkał dziewczyny. W stolicy błąkał się po hotelach w których nie chciano przyjmować uchodźców i imigrantów, lub żądano większych sum za wynajem pokoju. Sayid ma przy sobie fałszywy dowód osobisty. Tyle tylko, że nie ze swoim zdjęciem. Kiedy pokazuje mi dokument, wybucham śmiechem. Liczyłeś na to, że ktoś uwierzy, że to ty?, pytam go, młodego, niezwykle przystojnego chłopaka o śnieżnobiałym, szerokim uśmiechu; na zdjęciu widzę z kolei mężczyznę po 30-stce o ściągniętej, chudej, poważnej twarzy. Milknę jednak, gdy dowiaduję się, że za wyrobienie dowodu z właściwym zdjęciem trzeba zapłacić 6 tysięcy euro. Sayid już dwukrotnie próbował wydostać się z Grecji, raz na niemieckim, raz na włoskim dokumencie, jednak został złapany na lotnisku. Dwa razy przez tego samego celnika, który dwa razy zlitował się nad nim i puścił go wolno. Kiedy siedzimy w czwórkę w tawernie w centrum Aten nikt nie zwraca na niego uwagi. Mimo, że ma pieniądze i dość europejski wygląd wszyscy wiemy, że jego życie długo jeszcze nie będzie normalne. To, czego Sayid nie ma to czas - jest początek września, a w połowie miesiąca Victor Orban zamyka węgierskie granice. Aby dostać się do Holandii, gdzie mieszka najlepszy przyjaciel naszego nowego kolegi, pozostają mu zaledwie dwa tygodnie. Sayid decyduje się na podróż pieszo. Dziś, na początku lutego 2016 r. ma na swoim koncie:trauma po życiu w bombardowanym Damaszkui ucieczce z Syrii, pieszą podróż, podczas której dwa razy złapano go i umieszczono w ośrodkach na terenie Węgier, z których za każdym razem uciekał, pobyt w kolejnych dwóch na terenie Holandii, 5-letnią wizę typu A, którą otrzymał po serii przesłuchań po 5 miesiącach pobytu w kraju ,a na ustach ten sam uśmiech, który pamiętam z Aten. Całkiem sporo jak na 25-latka. Dwóch przyjaciół Sayida, podróżujących razem z nim nie miało tyle szczęścia. Jeden z nich zaginął, drugi trafił do więzienia na wyspie za brak papierów zezwalających na legalny pobyt w Grecji. Choć jego opowieści o tym, co dzieje się w Syrii są przerażające, jedna rzecz wyjątkowo nie daje mi spokoju. Z perspektywy czasu wydaje mi się to oczywiście śmieszne - Turcja obecnie bowiem rozwiązuje problem kurdyjski, jak eufemistycznie europejskie media nazywają rzeź Kurdów, mającą miejsce w kraju prezydenta Erdogana. Czego więc można się po nich spodziewać? Jednak kiedy w tamtej chwili słyszę od Sayida, że strzelają oni także do ludzi przeprawiających się przez morze, coś we mnie pęka.

​Morski cmentarz
Doniesienia o zbrodniczej działalności Turcji potwierdzają się niestety także podczas podróży na Lesbos, która staje się dla nas prawdziwą drogą do piekła. Płyniemy promem z Salonik. Tam również poznałyśmy uchodźców i imigrantów z Libii, młode ofiary reżimu, m.in. dwudziestokilkulatka z nierozwiniętą, niemal bezwładną ręką, którego wyzwoleńcza armia wysłała na wojnę przeciwko reżimowi Kadafiego (co skończyło się postrzałem z płuco i ramię, półrocznym pobytem w szpitalu w Turcji, kolejnym, również półrocznym, w Grecji, gdzie chłopak przebywa do dzisiaj, oczywiście nielegalnie, bez szans na legalizację pobytu, mimo, że ożenił się z Greczynką); przeprowadziłyśmy wywiad m.in. z mężczyzną, który kilka dni wcześniej pod obstrzałem uciekł z Syrii i głosem pełnym bólu krzyczał do nas: Gdzie jest ta wasza Europa? Gdzie są Stany? To wszystko ich wina! Czy dla was to jest normalne, mordowanie ludzi? Godziny opowieści, których trzeba było wysłuchać mimo, że czasem wszystko kuliło się we mnie w środku, mimo, że każda moja komórka protestowała przeciwko tym namacalnym opisom wojny. Jednak wszystko to, co wzbudzało we mnie coraz większą odrazę i poczucie winy, okazało się niewinnym preludium do tego, co czekało na wyspie.

victoria lesvos3foto: Nadia Senkowska

Po zamieszkach w porcie Mytelinii w centrum Lesbos ponad połowa przebywających tam przybyszów została przetransportowana do Aten. Zapewne trafili na Victorię, stamtąd na granicę, a dalej do Niemiec. Mimo to wyspa jest opanowana przez imigrantów. Na głównych ulicach i promenadach tej w zasadzie niewielkiej wyspy zalega tłum. Są miejsca, gdzie dosłownie na da się przejść. Całkowicie nierealne z pewnością jest to w nocy, kiedy kolorowe śpiwory i karimaty kwitną na chodnikach. Lesbos zamieniło się w arabską wioskę - przybysze oblegają wszystkie knajpy i kawiarnie, wszędzie znaleźć można arabskie napisy (zazwyczaj obwieszczające brak miejsc w hotelach i hostelach), mnożą się stoiska, gdzie handlarze śpiworami i namiotami zbijają majątki. Janis, kolega u którego nocujemy, pokazuje nam opuszczony sklepik w którym jeszcze do niedawna pewien przedsiębiorczy Grek sprzedawał kanapki przybyłym. Po kilkanaście euro za sztukę. Co prawda urząd skarbowy zmusił go do zamknięcia interesu i nałożył karę, jednak okazała się ona niewspółmierna do zarobionej kwoty.

victoria lesvosfoto: Nadia Senkowska

Jedziemy do prowizorycznego obozu dla Syryjczyków. Domki letniskowe i namioty, zaadaptowane na domy dla ludzi średnio sprawdzają się nawet w lecie, a jesień zbliża się już wielkimi krokami. Rozglądamy się po niewielkim terenie, bez zbytniej nadziei na to, że ktoś będzie chciał z nami rozmawiać. Nagle pojawia się potężny, ok. 40-letni mężczyzna w dresowych spodniach, o dużych, ciemnych oczach. Ruchem ręki zaprasza nas do swojego domku, w którym czeka także jego żona. Nie mówią po angielsku, znają jedynie kilka słów, więcej rozumieją. Nie poddają się - są tak zdeterminowani, jakby byli pewni, że pójdziemy w świat i opowiemy ich historię. Z nieskładnej rozmowy wynika, że są Syryjczykami, którzy wczoraj przedostali się do Grecji. Kobieta pokazuje, że strzelano do nich podczas przeprawy przez morze. Łódź zaczęła się topić, a ludzie wpadli do wody i do brzegu dopłynęli wpław. Niestety, nie wszyscy. Kto? Kto strzelał?, dopytujemy się. Turkish, mówią przerażeni. Kobieta pokazuje na ramię i prawą część ciała poobijane podczas upadku do wody. Wyjmują dokumenty, które wyglądają jak świadectwa chrztu. Christians?, pytamy. Kiwają głowami. Chcemy przekazać im dobre życzenia, ale bariery językowe na to nie pozwalają. Ściskają nam ręce bardzo mocno i patrzą z wdzięcznością.

Rzucam kamieniami w morze przy brzegu, tuż obok obozu na Lesbos. Po raz pierwszy od czasu zabawy z małą dziewczynką na Placu Victoria, słowa grzęzną mi w gardle. Pod powiekami czuję znajome, bolesne pieczenie gniewu, wstydu i łez. Dziewczyny próbują coś mówić, nie pamiętam o czym rozmawiały. Po kilku chwilach zalega między nami cisza, przerywana szumem fal spokojnego w tej części morza. Marzę o tym, żeby zaciągnąć się papierosem. Nie pamiętam, kiedy dowiadujemy się o śmierci Laury*, przyjaciółki Chrisa. Dzień wcześniej dziewczyna została zamordowana przez tureckich oprawców, zastrzelona jak pies podczas przeprawy przez morze. Być może dwie osoby, z którymi właśnie rozmawiałyśmy były ostatnimi, które widziały ją żywą. Miała 27 lat. Wydarzenia na Lesbos stają się ostatnim gwoździem do trumny mojego dobrego samopoczucia i wiary w to, że nasz projekt jest sensowny. Edyta jako pierwsza zaczyna mieć senne koszmary. Ja nie śnię o niczym. O niczym nie myślę. O ile na początku pobytu w Grecji obsesyjnie oglądałam wszystkie dokumenty i nagrania z wojny w Syrii, zaczynam teraz unikać tego tematu. Polskie media huczą już od doniesień na temat coraz liczniejszej fali uchodźców i imigrantów szturmujących granice. W ciemności nocy w końcu i mnie dopada senny koszmar wojny.

​Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę...
... więc pewnego poranka na wyspie Lesbos wstajemy o 5 rano i wyruszamy w daleką drogę do wioski Molyvos, położonej około 60 kilometrów na północ od portu Mytelini. To do tamtejszych brzegów przybijają pontony i łodzie z przybyszami.

victoria lesvos4

Dom Janisa znajduje się około 8 kilometrów od dworca autobusowego. Pierwsze 2 przemierzamy na nogach, gdyż czekanie na lokalny transport w tej części wyspy, jak wynika z naszego doświadczenia jest bezcelowe. Na głównej drodze udaje nam się złapać stopa, więc szybko znajdujemy się na dworcu. Jesteśmy prawie spóźnione, więc dopadamy kierowcę, który ze spokojem informuje nas, że owszem, jedzie w głąb wyspy, ale wyrusza dopiero o 11. Idąc za radą udzielaną nam przez każdego napotkanego Greka, głębokim Siga, siga (Spokojnie, spokojnie), postanawiamy na własną rękę dostać się na wybrzeże. Z niewiadomych powodów, prawdopodobnie ze zmęczenia, stresu i poczucia absurdu, humory mamy świetnie. Jesteśmy przezadowolone podkradając ze śmietnika obok supermarketu resztki kartonowych pudeł i pisząc na nich nazwę miejsca, do którego chcemy się udać. Stoimy przy głównej drodze usiłując złapać stopa. Po około godzinie poddajemy się i ruszamy na nogach. Jest bardzo gorąco, a my, zwiedzione porannym chłodem, mamy na sobie długie spodnie i bluzy. Po kilku godzinach wędrówki opuszczonymi, łagodnie górskimi terenami, docieramy do wioski, gdzie rzucamy się na pierwszy napotkamy sklep. Wyruszamy dalej wraz z dwoma czworonożnymi towarzyszami i umieramy ze śmiechu, gdy na ich widok do jednej z bram podbiega inny, ujadający mały piesek, a za nim bez poczucia bycia gorszą, pomyka koza. Czuję się jak w opuszczonej krainie. Sceneria jest tak nierealna, że zaczynam wątpić, czy kiedyś dotrzemy na miejsce. W końcu dość wysoko w górach, po kilku godzinach pieszej wędrówki w 30-stopniowym upale udaje nam się złapać stopa. To duży van, wypełniony międzynarodowym towarzystwem, ludźmi z Samaritan's Purse, którzy opowiadają, że dzień wcześniej wyciągnęli z morza ok. 300 osób. Jestem zbyt zmęczona, żeby zrozumieć, dlaczego nie mogą dowieźć nas na samo wybrzeże, prawdopodobnie zmierzają w nieco inną stronę. Szybko zasypiam na środkowym siedzeniu, wepchnięta między dwójkę wolontariuszy. Budzę się, spocona i zdezorientowana, gdy trzeba wysiadać. Jesteśmy wysoko w górach, wokół nas pustka. Zaczyna padać deszcz, nasze ubrania szybko nasiąkają wodą. Tracimy poczucie czasu i przestrzeni, nie wiemy ile kilometrów pozostało nam do przejścia. Opady ustają, znów zmierzamy pod górę w upale. Wokół nas skalne urwiska, stroma asfaltowa droga i stada kóz. Kolejny samochód, który zatrzymuje się przy naszej zmaltretowanej, spoconej trójce należy do starszej, eleganckiej Niemki podróżującej z przyjaciółką. Miła pani chyba myli strome, greckie drogi z niemieckim autostradami, bo z zawrotną prędkością i śmiechem na ustach pokonuje kolejne kilometry. Siedzimy wciśnięte w trójkę w tylne siedzenie. Robi mi się niedobrze i jestem pewna, że zaraz w spektakularny sposób zakończę swoje życie, spadając w przepaść w tym stylowym samochodzie z niemieckiego landu. Tak się jednak nie staje - wysiadamy kilka kilometrów od miejsca destynacji. Ponownie rozpoczynamy pieszą podróż. Docieramy w końcu do pierwszych, dzikich, opuszczonych plaż. Naszym oczom ukazują się ciemne, duże plamy, migoczące przy brzegu pod nieskazitelnie czystą taflą wody. Schodzimy stromym urwiskiem i odkrywamy, że to poprzebijane pontony. Wiemy już, że jesteśmy na dobrej drodze. Coraz więcej tych sztucznych zwłok bezwładnie unosi się przy brzegach. Wkrótce w oczy zaczyna razić nas wściekłość pomarańczowych kamizelek ratunkowych, które w hurtowych ilościach leżą na kupach przy drodze (jak się potem dowiadujemy, cena jednej, zakupionej u przemytnika wynosi około 100 euro). Niedługo pojawiają się i ludzie, zwykle młodzi, uśmiechnięci mężczyźni, idący pieszo w ogromnych grupach. Śmieją się do nas i pozdrawiają. Wreszcie docieramy do pierwszej,najniżej położonej plaży.

victoria lesvos2foto: Nadia Senkowska
Okazuje się, że akurat przypłynęła ogromna grupa Afgańczyków, którzy schodzą się z dwóch pozostałych, wyżej położnych miejsc. Tłumu i chaosu, panującego na wybrzeżu nie da się porównać z niczym. Wolontariusze tam i z powrotem jeżdżą drogą prowadzącą wysoko w góry, dostarczając wodę schodzącym się ludziom. W hurtowej ilości rozdają kanapki i opatrują drobne rany. Zbierają śmieci, od których aż roi się na wybrzeżu. Robię kilka zdjęć, ale potem chowam aparat. Nie wiemy, co robić, więc postanawiamy pomóc wolontariuszom. To ludzie z pozarządowej organizacji, pochodzący z różnych krajów, niektórzy bardzo młodzi, inni w średnim wieku. Rozglądam się i nie widzę ani jednego żołnierza, ani jednego policjanta. Jeśli ktoś wysiadłby z pontonu i zaczął strzelać, nie byłoby gdzie uciekać. Tylko właściwie po co miałby to robić? Aby otrzymać miesięczną wizę na legalny pobyt w Grecji trzeba samemu się o nią postarać, udać się do miejsca rejestracji. Jeśli komuś z jakichś powodów nie będzie na tym zależało, może po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Z zamyślenia wyrywa mnie głos 18-letniej dziewczyny w czarnym hidżabie, która podchodzi do nas wraz ze swoim o kilka lat starszym kuzynem. Pozwolicie mi zadzwonić do mamy? Mój telefon wpadł do wody, pyta i po chwili wykręca numer do Iraku. Dziękuję. Jesteście bardzo dobre i bardzo piękne. W końcu pojawia się wielki, stary, ciemnozielony autobus z kierowcą w maseczce. To transport do centrum jaki Grecja oferuje przybyłym. Wolontariusze rozdają różnokolorowe kartki: kobiety z dziećmi otrzymują zielone, mają pierwszeństwo, starsze i chore osoby różowe, więc muszą poczekać, a dorośli mężczyźni niestety muszą iść na nogach, około 60 kilometrów.

victoria lesvos1foto: Nadia Senkowska Ludzie denerwują się i krzyczą, nie chcą się rozdzielać. Niektórzy mężczyźni unoszą się honorem, na ramię zarzucają kilkumiesięczne niemowlęta i wraz z żonami wyruszają w pieszą podróż, zapewne naiwnie licząc na to, że uda im się złapać jakiś lokalny autobus. Starsze osoby chronią się w cieniu pod drzewami. Niektórzy siedzą oszołomieni, bez ruchu wpatrując się w morze. Inni rzucają się na ziemię i całują ją ze łzami w oczach. Jeszcze inni zdejmują koszulki i z dzikim śmiechem wbiegają do wody. Po kilku godzinach tłum zaczyna się rozchodzić. Lokalnym autobusem, który jednak przyjechał, wracamy do domu. Po drodze mijamy setki ludzi idących wzdłuż drogi. Niektórzy, zmęczeni wysiłkiem i upałem, koczują w wielkich grupach tworząc prowizoryczne obozowiska. Przypominam sobie sceny z Victorii i wiem, że przed nimi jeszcze bardzo długa droga.

victoria lesvos5foto: Nadia Senkowska

​***

Znów jesteśmy na promie sunącym po morzu, tym razem na trasie Lesbos - Ateny. Przy wyjściu na statek panuje nieopisany chaos. Tłumy ludzi kłębią się w porcie, w którym z niepewnością w oczach przemykają przerażeni Europejczycy. Mężczyźni kilka dni stoją w kolejce po bilety. W lichych namiotach, rozłożonych na gołym betonie, koczują kobiety z dziećmi. Kiedy pewnego dnia wkraczamy pewne siebie w to kolorowe kłębowisko, pełne śmieci i hurtowej ilości rozwieszonego prania, by robić zdjęcia, czujemy na sobie ciekawskie, niezbyt przyjazne spojrzenia, jednak nie wycofujemy się. Być może dlatego idiotyczny pomysł, na który wpadłam w czasie powrotnej podróży do Aten, wydawał mi się w tamtej chwili tak genialny. Prom, którym płyniemy ma dwa piętra. Na pierwszym jesteśmy my - biali przedstawiciele cywilizowanej Europy. Panują tu bardzo dobre, prawie luksusowe warunki.Na drugie z kolei skierowani zostali oni - imigranci. Jesteśmy bardzo zmęczone, więc dziewczyny szybko zasypiają. Ja jestem chyba jednak zbyt wykończona, by zapaść w sen. Siedzę na kanapie i tępym wzrokiem wpatruję się w ogromny ekran telewizora, na którym wyświetlany jest film o życiu Jezusa. Nagle wpada mi do głowy dziwny, nie do końca rozsądny pomysł. Mam przecież czarne włosy i ciemne oczy, a na sobie luźną, wzorzystą, "arabską" koszulę i spodnie nie pierwszej czystości. Po nieprzespanej nocy i porannej pieszej wędrówce do portu z ciężkim plecakiem wyglądam jak wrak człowieka. Niewiele myśląc łapię niebieską reklamówkę z jedzeniem, a pod pachę biorę wzorzysty koc, zmaltretowany po pewnej pamiętnej nocy spędzonej na betonie w porcie, podczas której nie miałyśmy gdzie nocować, a wszystkie ławki w mieście okazały się zajęte. Bez większych problemów przedostaję się na piętro dla imigrantów. Czuję na sobie spojrzenia, jednak w pewnym stopniu udaje mi się wtopić w ten kolorowy tłum. To, co widzę - przeraża mnie. Podłoga zawalona jest podmokłymi śmieciami. Ludzie siedzą na ziemi, bo nie dla każdego starczyło miejsca. Smród. Wrzask. Przemierzam kolejne korytarze usiłując nie dać po sobie poznać, że takie warunki nie są dla mnie normalne. Nie wiem, co robić, więc próbuję wcisnąć się do mikroskopijnej łazienki, jednak brud w niej panujący obrzydza mnie. W środku widzę kobietę i siedzącą na umywalce małą dziewczynkę, którą matka usiłuje obmyć wilgotnymi chusteczkami. Inna kobieta plecie warkocze z czarnych włosów kilkuletniej córki. Wycofuję się i wracam na swoje piętro. Na swoje miejsce. Na ekranie Judasz właśnie zdradza Jezusa.

Najgorsze dopiero przed nami
Nour* jest muzułmanką, ma 25 lat, piękną twarz i podwójne obywatelstwo, dlatego z Damaszku wyjechała tuż po wybuchu wojny. Dzieciństwo spędziła w Syrii, życie ocaliła jej ucieczka do Wielkiej Brytanii, a w Atenach opowiada mi o tym, co dzieje się w jej ojczyźnie. Tam wciąż dochodzi do zabójstw honorowych. Jeśli mężczyźni z danej rodziny uznają, że kobieta albo dziewczyna splamiły honor, mogą ją zabić. Smutek sączy się z niej powoli, gdy opowiada o koledze, który po ucieczce z armii Asada i brutalnych torturach w więzieniu, zmarł w wieku dwudziestukilku lat. O mamie, dziennikarce, która nie może wydostać się z rejonu ogarniętego wojną. Kilka miesięcy później znów spotykamy się w stolicy Grecji. Twój kraj chce przyjąć kilka tysięcy imigrantów? A jak macie zamiar sprawdzić, kim oni są?, patrzy na mnie z powątpiewaniem czarnymi oczami bez źrenic. Nie wiem, odpowiadam zgodnie z prawdą i myślę o młodszym bracie Sayida, muzułmaninie, który przygotowuje się właśnie do ucieczki z kraju. Który ma już dość prześladowań ze strony współwyznawców. Powoli kiełkuje we mnie strach.

***

Długo zwlekałam ze spisaniem swoich wspomnień i refleksji. Minęło sporo czasu zanim uświadomiłam sobie, jakiej tragedii byłyśmy świadkami. I jest to tragedia wszystkich - imigrantów, uchodźców i gospodarzy, czyli Europejczyków, którzy w sposób kaleki i nieudolny próbują im pomagać. Teraz, pośród niekończących się debat i panicznych dyskusji na temat muzułmańskiej fali zalewającej coraz więcej krajów europejskich, rozpaczliwie szukam głosu rozsądku. Dzięki temu, co widziałam, mogę zdecydowanie i z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że największą krzywdą, jaką Europa wyrządza mieszkańcom Bliskiego Wschodu, to utwierdzanie ich w przekonaniu, że nielegalne przekraczanie granic jest rozwiązaniem ich problemów. Nielegalne przekraczanie granic to przestępstwo, które naraża na śmierć setki muzułmańskich i chrześcijańskich dzieci. Kolejną niewybaczalną zbrodnią jest pozwolenie na tworzenie się islamskich enklaw na terenie Europy i dopuszczanie do wprowadzania prawa szariatu. Obserwuję to, co dzieje się na Zachodzie i zastanawiam się jak będzie z nami.

***

Początek lutego 2016 r. Znowu jestem w Grecji. Na Placu Victoria wciąż zbierają się grupy ludzi. Na Omonii tradycyjne zbiorowisko młodych mężczyzn. Gdzieniegdzie przewijają się rodziny obładowane pakunkami i torbami. Sytuacja wydaje się opanowana, jednak jest to spokój pozorny. Niedługo przyjdzie wiosna, potem lato, a wraz z nimi tysiące nowych przybyszów. Od czasu zakończenia projektu sytuacja uległa bowiem znacznemu pogorszeniu. W Europie islamiści wciąż mordują. Kobiety w moim wieku wysadzają się w powietrze w imię Allacha. Z kolei moje rówieśniczki z zachodnich krajów jadą do Syrii, żeby wspierać bojowników Daesch w wiadomy sposób. W Damaszku wybuchają bomby, w Turcji przy cichym przyzwoleniu Europy wyżyna się Kurdów. Innowiercy na Bliskim Wschodzie wciąż są mordowani, chrześcijanki i jazydki gwałcone i sprzedawane na targach niewolników jak zwierzęta. Muzułmanki obrzeza się i kamienuje za niemoralne zachowanie. Rosjanie aspirują do miana obrońców uciśnionych. A wspierająca tę masową migrację Europa, w sposób spektakularny popełnia cywilizacyjne samobójstwo. I tylko czasem, po kolejnym ataku czy zbrodni, w masowej świadomości wybucha mały gejzer paniki. Coraz trudniej już udawać, że to nie jest nasza wojna.

***

Koniec lutego 2016 r. Macedonia zamyka granice z Grecją. Ta z kolei decyduje się na zmniejszenia transportu ludzi z wysp do Aten. Na Placu Victoria codziennie zbiera się coraz więcej osób.

​* Imiona bohaterów zostały zmienione na ich prośbę.

Więcej o projekcie "Greece behind the scene" na stronie: life-on-the-edge.com



nk-widget